środa, 27 września 2017

Bieg inny niż wszystkie

Jakiś czas temu pobiegłam dwa biegi  w niewielkim odstępie czasu. Krótkie dystanse. Piewszy to onkobieg, wokół szpitala na Ursynowie, w tym roku była już 10 edycja. Jest to bieg charytatywny, a zebrane pieniądze przeznaczone na nowotwory zwane mięsakami, czyli sarcoma. Bieg ważny też ze wzgledu na szerzenie świadomości, obserwowanie ciała i wczesne wykrywanie raka. Dbanie o ruch, zdrowe odzywianie się, umikanie alkoholu i papierosów.
Tydzień póżniej spontanicznie postanowiłam wziąć udział  w BieguWisły - po bulwarach wiślanych. To bylo 9.09.2017, zostawiliśmy córeczkę u znajomych i mieliśmy ją odebrac około 12 w południe. Było ciepło, spotkaliśmy znajomych, porobilismy zdjęcia. 10 km to niewiele, chociaż po 5 km dość ciężko mi się biegło, ale robiliśmy niewielkie przystanki. Było parno, przed biegiem zażartowałam, "żeby tylko nic nas nie ugryzło". Kiedy dobiegalismy do mety, dosłownie 200 m przed, wpadła mi w usta osa, odruchowo odgoniłam ją, ale poczulam, że mnie użądliła. Na szczeście miałam zamkniętą buzię, ale byłam przerażona, bo jestem uczulona, nie wiedziałam, czy ugryzła mnie w język, bo to mogło oznaczać, że za chwile zacznę się dusić. Znaleźlismy karetkę i starałam się nie panikować, ale już zaczęłam puchnąć, a sanitariusze zastanawiali się czy mnie wieźć do szpitala czy nie, czy dać mi adrenalinę czy nie. Zaczęłam słabnąć, podali mi tlen. Nie bardzo wiedziałam co się dzieje,  pamiętam tylko, że mnierzyli mi ciśnienie i miałam dość wysokie, w końcu na sygnale, pierszy raz w życiu pojechałam do szpitala praskiego. Wszystko widziałam jak w zwolnionym tempie. Zobaczyłam kolegę Krzysia, z którym morsuję na Jeziorku Czerniakowskim, i ludzi którzy trzymali wysoko numery startowe. Myślałam wtedy, że to taka głupia śmierć i nie pożegnałam się z dziećmi. Na szczęście osa nie uządliła mnie w język.Miałam spuchnięte usta oraz prawa połowę twarzy, ale na SOR-ze grzecznie czekałam aż mnie przyjmą. Zrobili EKG , dostałam hydrocortyzon i dwie kroplówy, po których byłam strasznie śpiąca. Grzesiek nie mógł być ze mną, więc kazałam mu jechać do domu. Obok leżała pani, potem przywieżli staruszkę w pampersie, a za kotarą pan oddawał mocz do próbówki. To był zwyczjany bieg, taki sam jak wszystkie inne do tej pory, a mimo to skończył się dla mnie w inny sposób. Oczywiście dalej biegam, ale na drugi dzień miałam biegać w Kampinosie, tam nie miałabym szans na ratunek. Postanowiłam teraz latem biegać z adrenaliną.
Piszę to po przemyśleniach związanych z maratonem, w którym w tym roku nie biegłam, ale wiem , że zmarł maratończyk, co jest bardzo smutne. Pogoda nie była dobra, siąpił deszcz i bylo duszno, a Kenijka która dobiegała do mety też się słaniała. Sądze jednak, że wszyscy, startując w tak długich biegach zdajemy sobie sprawę z ryzyka, które istnieje, nikt jednak nie zakłada najgorszego. Wkurza mnie jednak to, że isnieje przekonanie, że maratończycy to lekkomyslni ludzie, którzy sie nie badają i nie przygotowują do maratonu. Mysle, że jest właśnie odwrotnie, bardziej wsłuchują sie w swoje ciało i dokąldnie przygotowują się do maratonu, biegając długie dystanse. Jest to pasja, która, w mojej opinii, jest piękna. 

czwartek, 4 maja 2017

Bieg Konstytucji

Dawno nie biegałam żadnych biegów ulicznych, więc tym razem postanowiłam pobiec w Biegu Konstytucji  - 5 km. Pogoda w tym roku wyjątkowo nie dopisała, było zimno. Dla biegaczy to nawet lepiej, ale w tym biegu po raz drugi miała tez biec nasza Adelka (lat 5 i pół). Start dzieci zaczynał się o 10:30, bieg główny o 11. W końcu pobiegłam z nią do mety te 700 m i potem z powrotem na start. Adelka była nieco rozczarowana, że maskotka była taka sama jak rok temu. Cieszyła się z medalu i waty cukrowej, natomiast samych atrakcji dla dzieci, oprócz trampoliny, nie było wcale. Wydaje się, że można, a nawet trzeba by to poprawić, bo pakiet z koszulką dla dzieci kosztował 50 zł, i wiele dzieciaków taki miała (my wybraliśmy bez koszulki - za 20 zł). Po powrocie na linię startu zastanawiałam się, z której strefy wystartować, chociaż na koszulce miałam start z drugiej strefy - tj do 25 min, zdecydowałam się na start z trzeciej. Wiem jak biegam teraz, znów jest to żmudny powrót do formy. Odpuszczam biegi długie, w tym roku nie będzie maratonu. Mogłam popatrzeć sobie jak wyglądają biegacze, którzy biegają okazjonalnie. Byłam w lekkim szoku, kiedy zobaczyłam dziewczyny w pełnym makijażu, z fluidem i kreskami na oczach. Dla organizatorów plus za to, że mimo tłumu biegaczy wszystko przebiegło sprawnie. W końcu wystartowaliśmy, fajna trasa, po nawrotce biegu po ok 2 km zbiega się w dół. a podbieg na Agrykoli mam już opanowany. Biegło się miło i przyjemnie, czas 29:12, co oczywiście jest słabym wynikiem, ale na razie musi wystarczyć.
Z Adeli jestem bardzo dumna, myślę, że będzie biegać.
(źródło : http://www.fotomaraton.pl)

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Zimny, wietrzny i chłodny ORLEN Warsaw Marathon 2017

Pobiegłem pierwszy raz w ORLEN Warsaw Marathon 2017, chociaż jest to już 5 edycja. Pakiety uważam były za drogie, ale tym razem można było kupić pakiet podstawowy, więc się skusiłem. Założyłem, że prawie pod koniec kwietnia powinna być już ładna pogoda i w miarę ciepło. Niestety tak nie było, ale o tym później.
Trasa Orlen Warsaw Marathon
Trasa Orlen Warsaw Marathon
Źródło: http://www.orlenmarathon.pl/trasa42km.pdf


Profil trasy
Źródło: http://www.orlenmarathon.pl/sites/all/themes/orlenmaraton/files/profil.png

Organizacyjnie bardzo dobrze przygotowane, a co najważniejsze z moje punktu, to dzień wcześniej zorganizowanie dla dzieci całego miasteczka z atrakcjami. Faktycznie czuło się już wtedy, że to jest coś innego niż zwykły uliczny bieg. Oczywiście skorzystała na tym Adela, trochę było zimno, więc zbyt długo nie zabawiliśmy.
Przed startem na Stadionie Narodowym, kiedyś stanę jako VIP :)
Przygotowania tym razem nie robiłem według jakiegoś konkretnego planu po prostu starałem się biegać 3-4 razy w tygodniu. W soboty i niedzielę robiłem dłuższe wybiegania maksymalnie do 20-25 km. Czasami nie było za bardzo czasu lub też nie czułem się dobrze, więc skracałem sobie dystans. Całość treningów biegam w Łazienkach i czasami w Ogrodach Frascatti. Oczywiście podbiegi, schodki. Zarzuciłem trochę skakankę, ale postaram się powrócić - przed ultra dużo skakałem i się przydało. Tutaj "błędnie" założyłem, że trasa prosta więc, wystarczy tylko wytrzymałość.
Podczas biegu, jeszcze bez większego zmęczenia Źródło:http://www.fotomaraton.pl/
Ledwo mnie widać Źródło:http://www.fotomaraton.pl/
Już trochę luźniej Źródło:http://www.fotomaraton.pl/
Założyłem, że pobiegnę na czas 04:00:00 i tak też się ustawiłem na starcie. I faktycznie trzeba przyznać, że biegło mi się całkiem dobrze do 30 km, miałem czas na 04:01:31. Niestety od około 22-23 km jak wybiegliśmy na Wilanowie bardzo wiało i od tego momentu zacząłem odczuwać powoli utratę ciepła jaką miałem. Nie dość, że było zimno, wiał wiatr to co jakiś czas lekko padał deszcz, a nawet przez mała chwilę był mały grad lodowy.
Już czuję zimno, ale jeszcze w formie Źródło:http://www.fotomaraton.pl/
Ania, Adela i Dominika czekały na mnie około 33 km. Nie musiały się za bardzo daleko przemieszczać, ponieważ trasa przebiegała obok naszego mieszkania. Mały łyk koli, trochę mnie pobudził. Już wtedy zaczęło mi być bardzo zimno i pierwszy raz odczuwałem jak twardnieją mi łydki. Tak więc, odpuściłem około 10 sekund na kilometrze, aby spokojnie dotrzeć do mety. Niestety nie udało mi się kupić batoników z Chia, więc przebiegłem całość na bananach i wodzie, chociaż miałem asekuracyjnie żel energetyczny. Postanowiłem, że nie będę brał, aby nie poczuć się gorzej. Mały kryzys miałem na około 40 km. Łydki bardzo mnie bolały i nadal było mi zimno, więc postanowiłem podejść chwilę i złapać trochę słońca na moście.
Łapię trochę słońca, już niedaleko, ale łydki nadal trochę twarde Źródło:http://www.fotomaraton.pl/
Potem już powoli dobiegłem do mety w czasie netto 04:19:25 - miejsce open 3971, mężczyźni 3563, w swojej kategorii M40 1276. Według listy startowej zapisanych było 6625, natomiast na linii mety pojawiło się 5521. Może jeszcze zaatakuję na kolejnym maratonie...
Przekraczam linię mety Źródło:http://www.fotomaraton.pl/
Na stacji metra, cieplej niż w przebieralni
Czasy biegu Źródło: http://live.domtel-sport.pl/wyniki/wyniki_zaw2.php?nr=3411
Specjalne wideo od firmy Asics: tutaj..

niedziela, 16 października 2016

Półmaraton Kampinoski

O Półmaratonie Kampinoskim dowiedziałam się otrzymując mejla w mojej nowej firmie. Zapisałam się do sekcji biegowej i nabrałam ochoty, żeby pobiec w Kampinosie. Stwierdziłam, że po maratonie jeszcze dam radę coś pobiec, a potem będę odpoczywać, chodzić na basen i siłownię.
Na stronie organizatora wyczytałam, że należy mieć ze sobą telefon, mapkę na wypadek zgubienia się na trasie. Oraz, że można spotkać dziki i należy się wtedy zachowywać spokojnie, pozwolić im odejść.
Oprócz półmaratonu, dwie godziny wcześniej rozpoczął się maraton. Bieg bardzo kameralny, ze względu na to, że miejscami trasa była wąska na jedną osobę.  Pojechałam sama, bo było dość zimno i nie chciałam, żeby moi kibice przed dwie godziny marzli czekając na mnie, ponieważ w Dziekanowie Leśnym jest tylko szpital  dziecięcy oraz niewielki sklepik. Dotarłam dużo przed czasem, tak, że jeszcze przez godzinę trochę spacerowałam, kupiłam rogala w sklepiku i wypiłam ciepłą herbatę z automatu w szpitalu.Nie wiedziałam nikogo znajomego, w końcu o 11, wystartowaliśmy. Biegłam spokojnie, mniej więcej pod koniec stawki , ale po połówce zaczęłam wyprzedzać coraz więcej osób. Co to dużo mówić, trasa jest niezwykle urokliwa. Powalone drzewa, parowy, stawy, las jesienią, zapach ściółki, cisza,piach, to sprawia, że bieg jest tam przyjemnością. Półmaraton to nie jest bardzo męczący dystans, tym bardziej jeśli biegnie się zgodnie ze swoim rytmem, bez ścigania. W środku lasu mijaliśmy cmentarz Palmiry, co potęgowało u mnie uczucie odrealnienia, kiedy przebiegałam obok krzyży. Biegłam w bandance, którą dostał Grzesiek w pakiecie biegu Szlak Trafi, i dzięki tej bandance zaczepiła mnie dziewczyna. Okazało się, że jej mąż też tam biegł, więc sobie chwilę pogadaliśmy, jego rodzina pochodzi z Radzynia Podlaskiego, świat okazuje się taki mały.
Biegło mi się bardzo dobrze, żadnych kryzysów, żadnych dramatów, po prostu kontemplacja, powrót do korzeni, do swojej siły.  Trochę goniłam maratończyka, bo potem maratończycy biegli z nami razem. Współczułam im, było widać, że byli zmęczeni.To była prawdziwa samotność maratończyka. Do mety dotarłam w czasie 2 :08:xx. Nic nadzwyczajnego, ale przecież nie o czas chodziło. Spaghetti i herbata smakowało mi jak nigdy dotąd. Było zimno, ale zdążyłam się już przebrać i nie marzłam.  Po czym z medalem na szyi wróciłam komunikacją miejską do Warszawy. Znów czuję potrzebę takiego biegania, po lesie, po górach. Pora wyznaczyć nowe cele na przyszły rok.

czwartek, 29 września 2016

To na ile kilometrów ten maraton?

38 Maraton Warszawski był dla mnie maratonem szczególnym. Po pierwsze dlatego, że dokładnie pięć lat temu, tego samego dnia,  urodziła się moja młodsza córeczka, leżąc na porodówce myślałam o tym, że maratończycy właśnie biegną, a ja mam swój osobisty maraton. Ciąża przebiegała dobrze, ale moje dzieci nie spieszyły się na świat, więc ten poród był indukowany. Było ciężko, ale radość ogromna, kiedy Adelka się pojawiła. Ten maraton był dla mnie też jubileuszowy, bo dziesiąty. Był też szczególny, bo postanowiłam pobiec charytatywnie, zbierając pieniądze  dla Fundacji Rak'n'Roll. Wybrałam tę fundację nieprzypadkowo, każdy, kto kiedykolwiek zmagał się w rodzinie, czy też wśród  przyjaciół z tą chorobą, wie, że wymaga to wiele siły, wsparcia, wiary, walki.
Przed maratonem byłam spokojna, wiedziałam, że go ukończę. Na targach kupiłam żele energetyczne enervit oraz squeezy, po raz pierwszy- pomidorowy. Miałam je dopiero wypróbować na trasie, choć wiedziałam, że to może być ryzykowne. Przed maratonem rozgrzewka, którą prowadziły dwie dziewczyny i chłopak, śmialiśmy się z Grześkiem, że dziewczyny są bardziej umięśnione od niego. Kiedy chłopak kazał nam robić skipy, stwierdziłam, że wystarczy, bo jeszcze za bardzo się przed samym biegiem zmęczę. Pobiegłam na 4:30, zającował nasz kolega Paweł razem z Marcinem, przebrani za króliczki, doświadczeni w bojach. Wystarczyło się ich trzymać, a z pewnością czas byłby osiągnięty. Tak więc biegłam spokojnie ulicami mojego miasta, zastanawiając się tylko, czemu ludzie za mną tak dużo gadają, niepotrzebnie tracąc energię. Do 21 km biegło mi się bardzo dobrze, w Łazienkach czekała na mnie córka, ale ok 25 km czułam, że już tracę energię. Było mi bardzo gorąco, na treningach nie przebiegłam nigdy więcej niż 22 km. Piłam co 5 km, na każdym punkcie i od 10 km łykałam żele. Mogę je śmiało polecić, bo dają niezłego kopa i nie miałam żadnych sensacji żołądkowych. Dobry był też izotonik na punktach odżywczych, po raz pierwszy taki piłam, był słony i nieźle nawadniał. Kiedy dobiegałam do Żoliborza, to już był 34 km, było mi bardzo ciężko, nie spodziewałam się tego, ale czekał tam na mnie Grzesiek z Adelką i naszą ciocią, oraz moim teściem. Zwolniłam. Teraz wyznaczałam sobie cele, że dobiegnę do punktu odżywczego i trochę pospaceruję. I tak było, moi zające uciekli, a ja już nie miałam siły ich gonić, ale w końcu to był maraton, musiało być ciężko. Znów biegłam siłą woli. Uda miałam twarde, stopy mnie piekły i bolały barki. Wybrzeże Gdańskie to już długa prosta do mety i fontann. Tam już większość ludzi szła. Ja też, ale też biegłam na zmianę. Na trasie było mało kibiców, ale byli cudowni. Zapamiętałam pana, który trzymał tablice z napisem: Nie ma ściany- sprawdziłem!, oraz takiego, który krzyczał, już tylko 500 m i będzie można zdjąć buty! Na punktach kibicowania muzyka, bębny, to wszystko dodawało sił. Kiedy przekroczyłam metę, czułam ogromną satysfakcję. przecież jeszcze nie tak dawno, w maju, na Grand Prix Żoliborza, ledwo dałam radę przebiec dziesięć kilometrów. Dużo się zmieniło. Szłam przed siebie nie zatrzymując się, a dalej przywitała mnie uśmiechnięta wolontariuszka z fundacji Rak'n'Roll, mówiąc: dziękujemy i pytając jak się biegło. No ciężko się biegło, ale dałam radę. Mój czas to 4:36:15. Na tyle mnie było tym razem stać. Potem szybki powrót metrem do domu, nawet się nie przebierałam, tylko założyłam sandały i suchą bluzkę. Czekały nas urodziny, wpadłam do domu, zaraz przyszli goście, Grzesiek odebrał tort Adelki. Koleżanka, która nie biega, spytała ile przebiegłam, po czym spytała czy mam kryzys wieku średniego. Roześmiałam się, mówiąc, że biegam od lat, taki mam sposób na życie. Było cudownie, piękna pogoda, zabrałam Adelkę i  jej koleżanki do parku i na plac zabaw, patrzyłam jak się bawią, i byłam naprawdę szczęśliwa.



sobota, 17 września 2016

Liczymy

Za tydzień maraton. Świadoma tego jak słabo jestem przygotowana - panikuję.Mam słabą głowę i ciało, przebiegłam przez dwa dni 39 km i było ciężko. Z pewnością przyczynił się do tego upał, ale obawiam się jednak jak będzie, to. że będzie bolało, wiem na pewno. Mimo wszystko mam szlachetny cel i bardzo chcę ukończyć ten maraton.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Biegnę

Życie zatoczyło koło. Po 7 latach znów jestem w tym samym miejscu, w Warszawie, tylko, że tym razem pobiegnę swój dziesiąty maraton. Pierwszy pobiegłam właśnie tutaj, w 2009 roku, było to niesamowite, mistyczne przeżycie. Teraz mam szansę pomóc i wesprzeć Fundację Rak'n'Roll. Zbieram pieniądze do października. Przygotowania do maratonu ruszyły już jakiś czas temu, teraz, po zmianie pracy odżyłam, nabrałam sił. W tym miesiącu robię długie wybiegania oraz ćwiczę podbiegi w Łazienkach. Zachęcam do wsparcia Fundacji!